Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 885 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Rycerze okrągłego stołu

poniedziałek, 19 grudnia 2011 0:57

Bronisław Geremek - złośliwa historia

 

 

 

„W atmosferze katastrofizmu, oczekiwania końca zastanego świata owi ludzie z nizin społecznych zdawali się być właśnie zwiastunami najbliższej przyszłości”

Bronisław Geremek,Świat „opery żebraczej” Warszawa 1989


  Człowiek legenda i główny filar Solidarności Bronisław Geremek został niedawno „odbrązowiony”. Stało się to za przyczyną ujawnionych dokumentów Stasi z Instytutu Gaucka.  Dla historyków, którzy traktują Solidarność jak świętą krowę to obraza majestatu, brak szacunku i podłość żeby wierzyć w dokumenty niemieckiej bezpieki takie argumenty rzuca się w kierunku historyka p. Wojciecha Sawickiego. Prawda jest jednak taka, że w materiałach  naszej poczciwej SB nic ciekawego nie ma na temat Bronka, a „złośliwi” twierdzą że z teczki SB Geremka pozostały jedynie okładki. Jest to bardzo dziwne, gdyż w 1962 r. wyjechał do Paryża, gdzie objął lukratywną posadę dyrektora Ośrodka Kultury Polskiej przy Uniwersytecie Paryskim. Trzeba być bardzo naiwnym, aby wyobrażać sobie że skierowany na takie stanowisko i w takie miejsce nie odbył „pozytywnej” rozmowy z funkcjonariuszami wywiadu. Wtajemniczeni twierdzą, że w dziwny sposób Geremek dysponował dużymi funduszami na badania (sami Francuzi twierdzili że nigdy ich nie było stać na takie badania), które nie były zbyt potrzebne gdyż Bronek interesował się głownie ludźmi marginesu w średniowiecznej Francji: rzezimieszkami, złodziejami, nędzarzami i prostytutkami. Można mówić tutaj o dużej rozrzutności Instytutu Historii PAN, chyba, że Geremek dysponował „dodatkowym” nieformalnym funduszem z SB,  który finansował liczne spotkanie, „badania w terenie” i rozrzutność Geremka w tym kupno samochodu zaraz po przyjeździe do Paryża co potwierdza w swoim wywiadzie prof. Samsonowicz (Bronisław Geremek na Uniwersytecie. Inny Bronek, Gazeta Wyborcza 21.07.2008)

 


   W sierpniu 1968 r. Bronek wystąpił z PZPR, co na pewno było związane z „nowymi zadaniami” ,  pretekstem była inwazja na Czechosłowację. Historycy pieją, że było to wielkim aktem odwagi w tym czasie, ale jak widac nieszkodliwym, gdyż w 1970 r. habilitował się i został docentem w Instytucie Historii PAN. W tym czasie poczciwy Bronek „łapał” kontakty, gdyż przestawiał się na  „robotę” nie z naukowcami, lecz z robotnikami.  W latach 70-tych był mało aktywny, choć w 1980 potrafił błyskawicznie ustawić się w strategicznym miejscu jako doradca Wałęsy. Andrzej Celiński -ówczesny sekretarz komisji Porozumiewaczej mówi, że „ Tak naprawdę mózgiem przy Wałęsie byli Geremek i Mazowiecki”( Andrzej Garlicki, Rycerze okrągłego stołu, Warszawa 2004). Charakterystyczne było to, że choć odgrywał ogromne znaczenie, to pozostawał w cieniu. Był delegatem na I Zjazd Solidarności i przewodniczył Komisji Programowej, ale przegrał wybory i nie wszedł do władz związku, gdyż : „Uważno, że mając wpływ na Wałęsę, popycha  związek wbrew jego interesom, w kierunku szkodliwych kompromisów. Pamiętano Geremkowi jego rolę w zawarciu po tzw. Kryzysie bydgoskim Porozumienia warszawskiego, gdyz negocjujący z rządem przekroczyli mandat, udzielony im przez KPP” (Andrzej Garlicki, wyd cyt., s. 122). Jak widać  część Solidarności, która dążyła do konfrontacji z władzami PRL zarzucała mu opieszałość, zbytnią ugodowość i manipulowanie związkiem. Porozumienia sierpniowe z 1980 wg Geremka :”Były nie tylko odpowiedzą na wielki strajk. Była to przede wszystkim akceptacja pewnego układu.[…] Sądzę-kontynuował, że uznanie tożsamości partnera  oznacza przyjęcie przez społeczeństwo za punkt wyjścia istniejącego porządku prawnego wraz z zasadą przewodniej roli PZPR, z której wynika pewien zakres monopolu władzy. Otóż pole porozumień społecznych usytuowane jest poza obszarem niezbędnego monopolu władzy”( Andrzej Garlicki, wyd cyt., s 124). Czy to wtedy poskarżył się ministrowi ds. współpracy ze związkami zawodowymi tow. Cioskowi, że współpraca z radykalizującymi się związkami a władzami PRL jest niemożliwa, bo związki dążą do konfrontacji siłowej?

 

 

Czy Bronisław Geremek był tajnym współpracownikiem SB? To chyba jasne. To między innymi tłumaczy dlaczego Czesław Kiszczak w 1980/81 nie chciał aby nazwisko Geremka pojawiało się publicznie, aż do 1989 kiedy zdjęto ten zakaz i bez problemu zasiadł przy stole negocjacyjnym ( Zob. Andrzej Garlicki, wyd, cyt. S.126). Transformacja była już blisko o czym wiedział Kiszczak i prawdopodobnie już wtedy  teczka Geremka była wyczyszczona jak to  zrobiono wielu wiernym i zasłużonym TW. Historia jednak bywa złośliwa. Po okresie transformacji zaczęto przeprowadzać lustrację i w 2004 Bronisław Geremek złożył oświadczenie lustracyjne. Jednak od 2005 r (jak podaje Wikipedia) nasz IPN zawiązały układ o współpracy z Instytutem Gaucka. I tu dochodzimy do sedna sprawy, gdyż Geremek prawdopodobnie podejrzewał że mogą być tam „echa” jego współpracy z SB i w 2007 odmówił złożenia oświadczenia lustracyjnego. W 2011 nie ma już Bronisława Geremka, ale cały czas są ci, którzy żyją z legendy  Slolidarności, to dla nich historia okazała się złośliwa i niepokorna. Legenda Solidarności kruszy sie coraz bardziej i niedługo historia będzie musiał być napisana od nowa...

 

 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Samobójstwo Andrzeja Leppera?

poniedziałek, 15 sierpnia 2011 9:26

 

Samobójstwo Andrzeja Leppera?

 

 

 

5 sierpnia 2011 r. zginął szef Samoobrony oraz b.wicepremier koalicyjneog rządu PIS-LPR-Samoobrona Andrzej Lepper, który został znaleziony martwy w warszawskiej siedzibie partii. Od samego początku prokuratura lansuje tezę o samobójczej śmierci. Tymczasem wszystkich zaskoczyła gwałtowna śmierć Andrzeja Leppera i wielu nie wierzy w samobójstwo. Nasuwa się więc pytanie  czy ktoś mógł mu w tym pomóc?





 



Wstępne ustalenia

Andrzeja Leppera znaleziono w piątek powieszonego na sznurze przymocowanym do worka bokserskiego - znalazł go ok 16.20 jego zięć. "W sobotę p.o. rzecznik prokuratury okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura powiedział dziennikarzom, że oględziny z udziałem biegłych medycyny sądowej nie wykazały na ciele zmarłego żadnych obrażeń, poza bruzdą wisielczą, co - jak mówił - wskazuje na fakt, że do śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie" (Za Wp "Dowody w gabinecie Leppera - to dlatego się zabił? Inna godzina śmierci" 08.08.2011 ). Według Policji i prokuratury wersja o samobójczej śmierci Leppera jest najbardziej prawdopodobna. Brak śladów włamania i brak śladów walki oraz pozostawione dokumenty świadczące o długach Andrzeja Leppera (liczne wezwania do zapłaty) umacniają śledczych w przekonaniu, że szef Samoobrony dramatyczną tecyzję o targnięciu się na swoje życie podjął sam... Ale czy na pewno?



 


Pierwsze Pytania
Jako jeden z pierwszych na miejscu zdarzeń był Eugeniusz Sendecki i Telewizja Narodowa. Sprawa śmierci bardzo zaniepokoiła narodowców, gdyż pomimo lewicowego zabarwienia Samoobrony, Andrzej Lepper był politykiem niezależnym (nie miał nic wspólnego z okrągłym stołem), izolowanym przez rządzącą "elitę",dlatego nic dziwnego, że narodowcy jako pierwsi znaleźli się na miejscu zdarzeń by zbadać tę sprawę w tym m.in. wątek z rusztowaniem.

 

 

Czynności operacyjne

Prokuratorzy badali, czy ktoś mógł się dostać do biura Leppera przez otwarte okno. Ta wersja, według informacji Romana Osicy z RMF FM, została wykluczona, bo rusztowanie na budynku jest zbyt oddalone od okien gabinetu szefa Samoobrony. Śledczy postanowili jednak sprawdzić, czy istniała możliwość, by ktoś mógł się dostać do gabinetu przez dach. Brak monitoringu z opcją nagrywania w budynku nie pozwolił ustalić, czy ktoś wchodził i wychodził z biura w piątkowe południe.


Sekcja zwłok wykazała bardzo delikatnego siniaka na nodze Leppera. Według informacji reportera Romana Osicy z RMF FM, najprawdopodobniej siniak ten powstał w wyniku uderzenia nogą o worek treningowy, przy którym polityk się powiesił. Ustalono, że w ciele zmarlego nie było alkoholu.


Śledczy wciąż czekają na wyniki testów toksykologicznych. Nie potrafią też na razie odczytać nagrania przyniesionego przez redaktora "Gazety Polskiej" Tomasza Sakiewicza, bo - jak usłyszał nasz reporter - jest ono zbyt zaszumione, by cokolwiek zrozumieć. Taśma została już wysłana do odszumienia, a wyniki tych prac śledczy mają poznać za mniej więcej dwa tygodnie.

Tomasz Sakiewiczi zeznał w prokuraturze, że w osobistej rozmowie, którą przeprowadzili jesienią ubiegłego roku, Lepper miał ujawnić, kto stał za przeciekiem w sprawie afery gruntowej:  

"Patrzyłem na niego jak na samobójcę - nie dlatego, że podejrzewałem, iż coś sobie zrobi, tylko, że pakuje się w gigantyczne kłopoty. Narażał się potężnym ludziom ze świata polityki i biznesu, jednocześnie czekały go kłopoty prawne, ponieważ to, co mówił, było sprzeczne z jego wcześniejszymi zeznaniami w sądzie"(WP, On zna okoliczności śmierci Leppera? 12.08.2011)

 

Odpowiedzi

Pytań w sprawie okkoliczności śmierci jest wiele, a odpowiedzi na nie bywają zaskakujące tak jak tajemnica stop klatki na telewizorze Andrzeja Leppera o 13.15, który zatrzymał się o ironio na obrazie naszego premiera Donalda Tuska:

"Przyczyna tego zamieszania jest banalna - mówił "Gazecie Wyborczej" Mirosław Rudowski. - Szef miał dekoder Polsatu i on się bardzo często zawieszał. Wiem, bo zawsze mnie prosił, żebym ponownie go uruchomił. Te słowa potwierdza Meyer: - Nieraz szef wołał: "Mirek znowu mi telewizor nie gra, zrób coś z tym" (Za: WP, Już wiemy kto włączył stop klatkę na telewizorze Leppera 17.08.2011).

Kolejne odpowiedzi będą podane pewnie już niedługo, ale czy rozwieją wątpliwości? 


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Rycerze Okągłego Stołu

niedziela, 24 kwietnia 2011 5:48

 

Władysław Frasyniuk- ''Szmatława postać"


 


 

Tymi słowami określa Frasyniuka Leszek Skonka, człowiek który dobrze go znał z działalności w „Solidarności”, gdyż sam go początkowo lansował, czego później zresztą bardzo żałował. To jakich ludzi wyniósł do władzy „okrągły stół” przekonujemy się na co dzień . A jakimi są ludźmi i jak miła jest im Polska wychodzi na jaw prędzej czy później. Frasyniuk nie ukrywa swoich kosmopolitycznych poglądów, kiedy mówi o zniesieniu święta 11 listopada: „Skreślmy 11 listopada, bo zimno, chłodno i prawdę powiedziawszy jest to ponure święto, w którym kontynuujemy tradycję II RP, a trzeba ją przerwać - zadeklarował Frasyniuk, wypowiadając się w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie przy okazji otwarcia wystawy "Solidarność legenda wiecznie żywa"( żródło: www.wprost.pl/ar/187659/Frasyniuk-11-listopada-to-ponure-swieto-Skreslmy-je, 2010-02-21)

Dajmy jednak prawo głosu człowiekowi, który był świadkiem działalności „opozycyjnej '' Frasyniuka , a co za tym idzie jego wypowiedzi są materiałem źródłowym . Tym człowiekiem Jest Leszek Skonka o to co ma do powiedzenia na temat Władysława Frasyniuka:   

"DLACZEGO FRASYNIUK BOI SIĘ LUSTRACJI ?   - Leszek Skonka .

Jest kilka bardzo istotnych powodów skłaniających Frasyniuka do występowania przeciw lustracji  i ujawnianiu zawartości teczek. Dlatego nie stara się sam w IPN o świadectwo pokrzywdzonego, bo chyba by go nie otrzymał. Oficjalnie twierdzi, że nie interesuje go, kto na niego donosił i co SB o nim pisała. W rzeczywistości boi się, że społeczeństwo dowie się o jego prawdziwej roli w "Solidarności", a także  przy okazji o takich jej filarów i przywódców Unii Wolności, jak Mazowiecki, Geremek, Modzelewski, Barbara Labuda, Pinior, Marcin Święcicki, Balcerowicz i o setkach im podobnych. Społeczeństwo może się dowiedzieć, dlaczego, z czyjej inicjatywy niektórzy działacze "Solidarności" i Unii Wolności zostawali po 1989 roku wojewodami, prezydentami miast, posłami, ministrami? Skąd Frasyniuk, skromny związkowiec miał miliony na założenie własnej drogiej, o zasięgu międzynarodowej,  firmy transportowej ? Czy i jakie zlecenia wykonywał dla SB, dla KOR-u, Sorosa i jakie czerpał z tego korzyści? Frasyniuk to szmatława postać. Poznałem go w czasie sierpniowego strajku i sam go na początku lansowałem powierzając mu funkcję  rzecznika prasowego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego  (byłem członkiem Prezydium Komitetu Strajkowego odpowiedzialnym za sprawy organizacyjne strajku). Po zakończeniu strajku zaproponowałem  go do pierwszego składu Zarządu MKZ – (Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego) NSZZ). Jednakże już po kilku dniach pokumał się on z ludźmi KOR-u. Skaperował go do walki przeciw działaczom o związkowych postawach, Karol Modzelewski. Z polecenia i przy pomocy KOR-u, wyeliminował związkowego działacza – pierwszego przewodniczącego MKS i MKZ Jerzego Piórkowskiego. Następnie usuwał wszystkich działaczy, którzy przejawiali gotowość realizowania Umowy Gdańskiej, sprzeciwiali się upolitycznieniu ruchu pracowniczego oraz przekształcaniu go w partię polityczną dla zdobywania władzy. Jaki to był związkowiec świadczy jego obecny stosunek do własnych pracowników, którym zabronił tworzenia związków w jego przedsiębiorstwie. A w ogóle ten były pseudo "związkowiec" , podobnie jak Lech Wałęsa, wypiął się na tych, dzięki, którym swego czasu tak się wzbogacił i  politycznie zaawansował.     



 


         FRASYNIUK MA PRETENSJE DO LUDZI, ŻE NIE BYLI AGENTAMI SB.

Po zakończeniu strajków sierpniowych w 1980 roku, opanowaniu kierownictwa „Solidarności” przez KOR i związanych z nimi różnych grup gangsterskich oraz  agentów SB, zerwano warunki Umowy Gdańskiej rozpoczynając jednocześnie walkę o zdobycie władzy w Państwie. Dlatego wyeliminowano ze Związku działaczy o postawach pro związkowych, którzy dążyli do realizacji warunków Umowy Gdańskiej na podstawie uzgodnionych ze Strona Rządową 21 postulatów. By pozbyć  się działaczy o postawach związkowych, bezpodstawnie, bez jakichkolwiek dowodów, publicznie   pomawiano ich o rzekomą współpracę  z SB. Czynili to zwłaszcza ludzie z kierownictwa „Solidarności” faktycznie związani z SB lub wręcz agenci SB zainstalowani w Solidarności przez te służby. Nie przedstawiano osobom inkryminowanym żadnych dowodów, bo ich po prostu nie było. Wystarczyło, że sugestie wysuwali ludzie z kręgów kierownictwa Solidarności, by zniszczyć niewygodnego przeciwnika. Pokrzywdzeni tymi oskarżeniami byli bezsilnie. Nie pozwolono im się bronić, a nawet, gdyby dopuszczono ich do głosu, to i tak dano by wiarę „świętej” „Solidarności”. Zabieganie o uzyskanie „zaświadczenia” z SB byłoby traktowane jako potwierdzenie oskarżenia i ośmieszało skrzywdzonego. Dlatego wykazanie bezpodstawności oskarżeń przez wydawanie przez IPN zaświadczeń o pokrzywdzeniu wywołało wściekłość u tych, którzy na  25 lat  odsunęli niewinnych ludzi od aktywnego życia publicznego, od pracy zawodowej, możliwości awansu, Jak się dziś  okazało oskarżyciele byli inspirowani i powiązani agenturalnie ze Służbą Bezpieczeństwa, jak się okazało to także Władysław Frasyniuk.  

 FRASYNIUK W SŁUŻBIE GEN. KISZCZAKA(x)

W emigracyjnym wydawnictwie w Kanadzie ukazały się relacje z okresu stanu wojennego internowanego wiceprzewodniczącego Komisji  Krajowej NSZZ „Solidarność” Mirosława M. Krupińskiego,  działającego  obecnie bardzo aktywnie w Australii. Autor w latach 1982/1983 przebywał wraz w Frasyniukiem w więzieniu w Łęczycy. Twierdzi on, że Frasyniuk agitował wówczas za współpracą ze Służbami Bezpieczeństwa,  kierowanymi przez gen. Kiszczaka. Służby te usilnie zabiegały wówczas o pozyskiwanie wśród bardziej znaczących i godowych do współpracy z władzami stanu wojennego internowanych, potencjalnych uczestników do rozmów w Magdalence i przy „Okrągłym Stole”.

Krupiński wyjaśnia dlaczego nie od razu ujawnił pewnych  faktów dotyczących działalności Frasyniuka: 

 (…) w czasie kiedy interesy „Solidarności „ jako całości były dla mnie pierwszoplanowe, tego aspektu „solidarności więziennej” nie poruszałem, aby obrazu „S” nie psuć. Teraz w roku 2001, zaczynają docierać do mnie, układające się w całość dalsze fragmenty politycznej prostytucji, których dalej maskować powodów nie mam. (…) I dalej pisze o swoich podejrzeniach wobec agenturalnej roli Frasyniuka:

„Gdzieś na przełomie lat 82/83 przywieziono do Łęczycy Władysława Frasyniuka. Przez kilka dni trzymano go oddzielnie, a następnie „dokwaterowano” do nas. Było nas już wtedy ponad dziesięciu i od czasu do czasu zmieniano nam strategicznie cele. Po jednej z takich roszad znalazłem się sam na sam z Frasyniukiem w małej celi z czteroma pryczami. Zastanawiałem się nad celem takiej rozrzutności metrażowej – cele były zwykle przepełnione, tutaj, pomimo dwóch pustych prycz nie dokwaterowano nam nawet wtyczki ( byli tacy). Najmniej machiawelicznym wytłumaczeniem mogło być, że cela miała dobry podsłuch i chciano posłuchać naszych rozmów. Rozbawiony pomyślałem, że słuchających spotka raczej zwód, bo Frasyniuka za tytana intelektu raczej nie uważam, – zatem szans na ekstrawertyczne dyskusje z mojej strony nie było. W jakimś jednak stopniu się pomyliłem – Władek miał dziwnie wiele do powiedzenia. Nie mówił wprawdzie własnym językiem tylko cytatami z Michnika, Kuronia & Co, ale mówił zadziwiająco wiele, zadziwiająco płynnie. Wręcz recytował.

 Nie było w tym „prawie monologu”, nic o „Solidarności”, członkach KK, której obaj byliśmy, ani o sytuacji Polski, której wykładnikiem była nasza obecność w Łęczycy. Było natomiast wiele o strategii dojścia do władzy i o władzy tej przyszłym składzie. A ów referowany skład był z grubsza, taki jak to dziś bym określił pomagdalenkowy -  czyli Frasyniuka idole, Frasyniuk  i ci, co z nimi trzymać będą. ( …) Do tej pory nie jestem pewien, co było powodem tej wylewności. (…) Może inspiracja Kiszczaka, & Co, którzy mogli uważać mnie za kandydata przyszłego magdalenkowca? Może wreszcie frasyniukowe mniemanie, że nikt okazji przyłączenia się do przyszłej władzy się nie oprze i będzie o jej względy czynem i lojalnością zabiegał? Najbardziej dziś prawdopodobna wydaje mi się mieszanina wszystkich trzech powodów, – bo przecież ktoś musiał nam to tet a’ tet w pół pustej celi zorganizować, a mój +wykładowca teorii dorwania się do przyszłej władzy+ mówił otwarcie, jak do swojego.  A Ja go nieszczęsny zbyłem, jak głupiego dzieciaka i wyśmiałem (nie zwracając  nawet uwagi na spodziewany podsłuch i Frasyniuka własne walory intelektualne ,  wywołując najpierw zdziwienie i konsternacje, następnie wyraźną wrogość. Musiał jakiś plan w stosunku do mnie się w tedy rypnąć. …Czyj?

Była jeszcze później jakaś próba z jego strony podsunięcia mi do podpisania deklaracji, że uważam TKK (Tajna Komisja Krajowa, przyp. LS) za jedyną siłę przewodnią i reprezentację „Solidarności” i społeczeństwa, a kiedy i to wyśmiałem, zostaliśmy wrogami, bo ja go po prostu lekceważyłem. Lekceważyłem niesłusznie – jak dowiodła późniejsza Magdalenka, której prescenariusz było mi dane wysłuchać w cztery oczy od Władysława Frasyniuka  w więzieniu w Łęczycy na początku roku 1983.    Gdy Lechowi Wałęsie przedstawiłem tę wypowiedź nie zdziwił się. Odpowiedział mi (mailem, że również na niego wywierała SB taki nacisk i szantażowała , że jeżeli nie zgodzi się na współpracę, to zastąpią go tacy ludzie jak Bujak, Frasyniuk i podobni, którzy nie będą mieli takich skrupułów.

 

 

SYMPTOMY FASZYSTOWSKICH I BOLSZEWICKO-ESBECKICH METOD LANSOWANYCH PRZEZ FRASYNIUKA W DOLNOŚLĄSKIEJ SOLIDARNOŚCI

(artykuł napisany w kwietniu 1988 roku !!!)

Przedstawiony poniżej artykuł nie mógł się ukazać w ówczesnej oficjalnej

prasie, bo trwały już rozmowy W Magdalence na temat podziału władzy między ekipą rządzącą, a kierownictwem „Solidarności" oraz tzw. "doradcami. Nawet komunistyczny miesięcznik "Zdanie" odmawiał opublikowania go, by nie drażnić kacyków z "Solidarności".

Od pewnego czasu moi znajomi, koledzy, przyjaciele przekonywali mnie, że moje uprzedzenia, zastrzeżenia, krytyczne sądy na temat ruchu zwanego „Solidarność" są krzywdzące i bezpodstawne. Ruch ten, ich zdaniem składa się już dziś z innych rzekomo ludzi, patrzących zupełnie, inaczej na niedawną przeszłość, na swoje błędy i wypaczenia i dlatego, ich zdaniem, i ja powinienem zrewidować swoje opinie i sądy na ten ruch. Niestety, nie umiano mnie przekonać. Nie posługiwano się, bowiem żadnymi racjonalnymi argumentami, lecz jedynie słowami nie mającymi żadnego pokrycia w codziennej rzeczywistości.

 Przeciwnie. Wciąż spotykałem się z arogancją, zarozumiałością, wyniosłością ludzi, którzy dla zaspokojenia swoich osobistych chorobliwych ambicji narażali "Solidarność", i w końcu doprowadzili do jej zagłady. Nigdy nie usłyszałem w ciągu minionych  7  lat  ani  jednej szczerej, rzetelnej samooceny, samokrytyki. Nie znam też żadnej próby naprawy popełnionych błędów, chęci naprawienia wyrządzonych krzywd, szczerej skruchy i gotowości do publicznej ekspiacji.

   Przeciwnie, ludzie, którzy walnie przyczynili  się do przekształcenia  związku zawodowego w partię polityczną, pchnęli ten  ruch  do  walki  o  władzę,  oszukali  świat  pracy;  nadal utrzymują  -  wbrew  faktom  -  że  winę  za to, co się stało 13 grudnia  1981  roku, ponoszą wszyscy w kraju i za granicą, tylko nie oni.

   To, że moja  ocena  i opinia o kierownictwie "Solidarności" jest słuszna świadczą fakty. A oto one.

 W kwietniu br. (1988r. ) koło politologów wrocławskich studentów zwróciło się do mnie o przeprowadzenie prelekcji na temat powstania na Dolnym Śląsku NSZZ "Solidarność", zwłaszcza mojego udziału w tym procesie oraz przyczyn usuwania z kierownictwa tego ruchu wielu czołowych działaczy  opozycji  demokratycznej,  w  tym  także założycieli  Wolnych  Związków  Zawodowych,  przed  sierpniowymi strajkami we Wrocławiu. Organizatorzy prelekcji wiedzieli, że nie  jestem ani sympatykiem, ani  też  faworytem  władzy. Twierdzili, że chcą poznać opinie, sądy i fakty przedstawiane przez ludzi, którzy znają wydarzenia ostatnich burzliwych lat z autopsji. Byli nie tylko ich uczestnikami, lecz także aktywnymi ich twórcami.

Te argumenty przekonały mnie. Tym bardziej, że czynniki oficjalne unikają podejmowania tej problematyki pozostawiając ją wyłącznie w gestii "Koro-Solidarności”. Zgodnie, więc z umową pojawiłem się w Klubie Asystenta „Sezam", by przeprowadzić prelekcję. I tu właśnie zaczynają się wydarzenia wręcz niepojęte. Opiszę je dość dokładnie, gdyż chcę przekonać ślepych i fanatycznych wyznawców idei „Koro-Solidarności”, że „ludzie kierujący dziś resztkami tego ruchu nie zmienili swej pogardliwej postawy wobec demokracji, tolerancji, pluralizmu. Te ważne, a nawet święte dla Polaków wartości, dla nich są tylko bałamutnymi hasłami propagandowymi. Otóż w klubie pojawiło się kilku ludzi, którzy przedstawili się  organizatorom spotkania jako wysłannicy Frasyniuka. Jeden z nich   -   Paweł  Kocięba  domagał  się  w  imieniu  Frasyniuka zaniechania   prelekcji. Mówił, że Frasyniuk bardzo się zdenerwował  i  rozgniewał, gdy  się dowiedział o prelekcji dra Skonki  na  temat "Solidarności" i polecił nie dopuścić do niej. Argumentował,  że  kierownictwo Regionu oceniło i osądziło dra Skonkę  w październiku 1980 roku negatywnie i dlatego nie ma on prawa  bez  zgody  Frasyniuka  występować publicznie z tematami dotyczącymi NSZZ "Solidarność" . Chyba komentować tego nie trzeba. Oto jakiś facet skompromitowany klęską ruchu, którym   współkierował, a przynajmniej firmował kierowanie, rozkazuje studentom, kogo mają słuchać, a kogo powinni  bojkotować. Nie łatwo w to uwierzyć, lecz jest to niestety prawda. Ponieważ wysłannikom Frasyniuka, mimo użycia gróźb, nie udało się zmusić organizatorów do odwołania prelekcji, zażądali wówczas by najpierw  dopuścić do głosu przedstawiciela "Koro-Solodarności", który w imieniu Frasyniuka oceni prelegenta, wyda o nim opinię i ostrzeże audytorium  by nie dawało  wiary temu, co on powie; a  wszystko w imię pluralizmu, demokracji, wolności słowa. Dość miękki i zastraszony przewodniczący spotkania - student - uległ  chyba w pierwszej chwili żądaniom, ale gdy zagroziłem, że w takim przypadku zrezygnuję z wystąpienia, wycofał się. Wymogli jednak na nim opóźnienie spotkania, by porozumieć się z Frasyniukiem i ściągnąć więcej swoich ludzi, którzy utrudnialiby skutecznie prowadzenie prelekcji. Niezorientowanych może dziwić, co tak bardzo  zdenerwowało kierownictwo  "Koro-Solidarności", że zadało sobie aż tyle trudu, by  nie dopuścić do prelekcji? Wszak nie znali treści mającego odbyć się wystąpienia: sam tytuł brzmiał niewinnie i łagodnie - "Zawiedzione nadzieje NSZZ "Solidarność". Otóż niepokoił Frasyniuka sam prelegent. Frasyniuk i jego otoczenie z góry  zakładali,  że to co powie referent jest tak groźne, tak niebezpieczne, a przynajmniej tak niewygodne dla kierownictwa Zarządu Regionu, że trzeba uniemożliwić wystąpienie za  wszelką cenę, a jeśli się to nie uda, to tak skutecznie przeszkadzać, by prelegent nie mógł zrealizować całego programu. Przede wszystkim starą korowską metodą próbowano zwekslować temat i dyskusję na boczne, peryferyjne tory. Toteż już po pierwszych moich grzecznościowych słowach skierowanych pod adresem studentów i organizatorów prelekcji wstał przedstawiciel Frasyniuka - Paweł Kocięba i oświadczył, że prowadzący spotkanie student nie powinien  dopuścić mnie do głosu, że miał najpierw pozwolić jemu mówić, że złamał jakieś wcześniejsze ustalenia i, za to "zapłaci", że "będzie go to drogo kosztować". (Później dowiedziałem  się, że straszył Frasyniukiem). Wszystko to działo się w kwietniu 1988 roku!!!/. W  czasie  trwania  prelekcji, co jakiś czas, któryś z nasłanych ludzi usiłował mi przerwać, krzycząc  kłamstwo, bzdura, nieprawda, śmiać się szyderczo itp. Przewodniczący zebrania - student, był wyraźnie przestraszony i dopiero na moje żądanie przypomniał awanturującym się wysłannikom Frasyniuka, że to ja prowadzę prelekcję, a nie oni, że po moim wystąpieniu będą mogli zabrać głos i ustosunkować się do moich wypowiedzi. Oczywiście, reszta  audytorium  siedziała spokojnie, ale ze zdziwieniem i przerażeniem obserwowała praktyki stosowane przez awanturników usiłujących uniemożliwić prowadzenie prelekcji. Ponieważ grupa ta, a szczególnie dwaj bliscy współpracownicy Frasyniuka: Paweł  Kocięba i Paweł  Kasprzak nadal ordynarnie zakłócali  przebieg  spotkania toteż skorygowałem swój poprzedni plan prelekcji kładąc główny nacisk na brak nawyku w praktyce demokracji, tolerancji, uznania  pluralizmu,  wolności słowa w "Solidarności",  a  jako  przykład  nie  do podważenia wskazałem właśnie  na  zachowanie  się ludzi nasłanych przez Frasyniuka. Jednocześnie  sięgnąłem do podobnych przykładów z minionych lat, a  zwłaszcza owych wyidealizowanych 16 miesięcy władzy i terroru "Koro-Solidarności" w Polsce. Ta metoda okazała się dość skuteczna, przynajmniej na pewien czas. Cytowane przeze mnie przykłady łamania zasad demokracji, stosowanie bezwzględnej  nietolerancji wobec  ludzi  odmiennie myślących  przez  "Solidarność" nie mogły być kwestionowane, ale za  to usiłowano je bagatelizować dowodząc, że są to pojedyncze głosy, jednostkowe  krzywdy i niewiele znaczą wobec wielkości sprawy jaką jest "Solidarność".

Gdy tylko próbowałem  przedstawić jakiś niewygodny dowód, jakąś znaczącą tezę,  która nie podobała się tej grupie, albo niepokoiła ją, np., że  przyczyną  upadku NSZZ "Solidarność" były chorobliwe ambicje polityczne  działaczy KSS  KOR,  którzy  potraktowali  ten ruch instrumentalnie, świadomie  deformując  go  i przekształcając w organizację  polityczną, łamiąc tym samym  punkt  2-gi Umowy Gdańskiej, to wówczas podnosił się wrzask, że to nieprawda, że to władze nie dotrzymały warunków umowy. Wtedy brałem dokument i cytowałem ten punkt, który wyraźnie mówi, że  nowe związki  zawodowe  "nie  zamierzają pełnić roli partii  politycznej".  Po takich cytatach awanturujący się na pewien  czas  milkli.  Może dlatego, że nie znali, a może zapomnieli niewygodne punkty Umowy. W każdym razie szybko uciekali  od  rozważań i  argumentów racjonalnych  i  przeskakiwali  na  tematy  pozamerytoryczne np. celowo przekręcając i  wyśmiewając moje nazwisko, poddając w wątpliwości  moje wykształcenie, prawdziwość świadectw, sugerując, że doktorat zrobiłem na uczelni partyjnej i to rangi Uniwersytetu  Marksizmu-Leninizmu  itp. Jeden z bojówkarzy Frasyniuka  np. wykrzykiwał w czasie prelekcji, że "Solidarność" wie coś o moim doktoracie, o mojej wiedzy, studiach, kwalifikacjach. Słowem robiono wszystko, by nie dopuścić do realizacji prelekcji. Gdy próbowałem  np. powołać  się na jakąś moją publikację oficjalną lub poza  oficjalnym  obiegiem, grupa ta na komendę wybuchała głośnym śmiechem, wyrażając szydercze uwagi i poddając w wątpliwość  możliwość  wyrażania  przeze  mnie  jakiejkolwiek rozsądnej myśli na piśmie. Także cytowane wypowiedzi innych ludzi, którzy wyrażali krytyczne uwagi o korowskiej  "Solidarności"  traktowane były podobnie lekceważąco i szyderczo. Ba, nawet wypowiedzi krytyczne czołowego  działacza  KOR-u  z  Gdańska  -  Bogdana Borusiewicza próbowano także zagłuszyć. Otóż zacytowałem  jego wypowiedź zawartą   w  książce  Mariana  Muskata  i  Mariusza  Wilka,  pt. "Konspira", wydanej w Paryżu w 1984 roku. M.in. mówi on tam: "Zacząłem  dostrzegać, jak zmieniają  się ludzie, którzy kiedyś byli przyjaciółmi, jak uderzają im do głowy ambicje, stanowiska, jak ze skromnych, uczynnych kolegów wyrastają bossowie niszczący swoich oponentów. Raptem uświadomiłem sobie, że sukces wcale nie musi zmieniać człowieka na lepsze, że sukces społeczny, narodowy tego ruchu  przestaje być  moim  sukcesem..."  I dalej - "Ruch obrastał  wszystkimi negatywnymi cechami systemu: nietolerancją dla  inaczej myślących  i czyniących, tłumienie krytyki..." A w innym  miejscu  - "Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby na wyborach do władz  "Solidarności"  wstał facet  i  powiedział  - jestem niewierzący...  Nie było człowieka,  który by powiedział: nie złożę tej przysięgi, bo jestem po prostu niewierzący, chcecie to mnie wybierzcie, nie to nie". Ten  przydługi  cytat  przyjęty  był  wręcz  wrogo  przez  ludzi Frasyniuka, ale nie umiano podjąć z nim merytorycznej dyskusji. Także cytowane  listy  działaczy "Solidarności" do kierownictwa Regionu Dolnego Śląska wyszydzano i lekceważono.

Celowo przytoczyłem te fakty i tak szczegółowo je przedstawiłem,  by oddać  atmosferę spotkania  jaką  wytworzyła niewielka, lecz bardzo agresywna i hałaśliwa grupa awanturników politycznych  z  Dolnośląskiej  "Solidarności",  która  w innych okolicznościach  posługiwała  się  obłudnie hasłami pluralizmu, demokracji,  wolności  słowa itp. Warto też zaznaczyć, że ludzie ci do tej pory nie przychodzili na tego rodzaju spotkania. Chcę dzięki  ukazanej sytuacji przekonać tych wszystkich, którzy mają jeszcze  jakieś resztki złudzeń wobec korowskiej "Solidarności, że  powinni  się  ich  jak najszybciej  wyzbyć. Chciałem więc przedstawić   oblicze   moralne  i  polityczne  tej  grupy, jej faktyczny  stosunek do wielu haseł jakimi tak chętnie się na co dzień posługuje. Jeśli teraz, gdy  jeszcze  nie sprawują totalnej władzy nad społeczeństwem  zachowują   się tak arogancko, ordynarnie, apodyktycznie, to, jak  wyglądałby ich rządy, gdyby rzeczywiście władali krajem? Nie  trudno sobie  to  wyobrazić. Jeśli  teraz pan Frasyniuk zakazuje  studentom  słuchania  prelekcji  niemiłych  mu ludzi, nakazuje  milczenie  ludziom  niewygodnym, stosuje cenzurę wobec nieprawomyślnych, to jak będzie się zachowywał gdy rzeczywiście będzie dysponował  aparatem   wykonawczym  państwa:  władzami bezpieczeństwa, sądami, prokuraturą, wojskiem, więziennictwem, prasą, cenzurą itp? I  rzecz znamienna, po zakończeniu prelekcji, przeszkadzający w czasie jej trwania metodami wręcz łobuzerskimi, nie mieli nic do powiedzenia. Nie podjęli żadnej merytorycznej dyskusji z przedstawionymi przeze  mnie  tezami, sądami, opiniami. Na moje pytanie dlaczego wobec tego  tak  rwali się do głosu w czasie trwania prelekcji - Paweł Kocięba szczerze przyznał, że chodziło po  prostu  o zakłócenie prelekcji, bo ja jestem "zdrajcą". Owa zdrada  polegać  ma  na  tym,  że krytykuję KOR i "Solidarność", które  chcą  dla  Polski  dobrze i w ten sposób wspomagam reżim. Tak, tak, to nie  pomyłka.  Człowiek Frasyniuka  stwierdził publicznie, że  każdy  kto nie zgadza się z "Solidarnością", z wolą i opinią jej kierownictwa - jest z d r a j c ą.

By odrzucić ewentualne tłumaczenie, usprawiedliwienie, że był to tylko jakiś prywatny wyskok nadgorliwców pragnących podlizać się Frasyniukowi, chcę zauważyć, że na spotkaniu tym był także Stanisław  Huskowski  -  b.  rzecznik  prasowy  Regionu,  który powtórzył stawiane mi od  lat zarzuty  przez  korowskie kierownictwo  "Solidarności".  Zarzuty  te zawiera także książka /chyba  jego  autorstwa  lub  współautorstwa/   "Solidarność na Dolnym  Śląsku",.,  (1) Występujący pod pseudonimem Stanisław Stefański autor książki ( autorem był   Włodzimierza Suleja, przyp. L. Skonka) zarzuca  mi  m.in., że byłem  przeciwnikiem upolitycznienia  nowych związków, pisząc: "Po przekształceniu się MKS  w  MKZ /.../ Skonka wziął w swoje ręce szkolenie przyszłych działaczy związkowych. On to inaugurował pierwsze spotkanie tego typu 4.09., kiedy nie tylko budynek, ale i plac przed budynkiem okupowany był przez delegatów zakładów, a samo spotkanie odbywać się musiało  w  kilku turach.  On opracował program pierwszych szkoleń podczas których miano analizować treść Porozumienia Gdańskiego,  zapoznać się z międzynarodowymi i krajowymi aktami prawnymi   gwarantującymi   wolność   i   niezależność  związków zawodowych, przedyskutować założenia programowe nowych związków, zastanowić  się  nad  ich  strukturą  i wreszcie uczyć się zasad skutecznego działania przez pokazywanie typowych błędów popełnianych przez niedoświadczonego działacza społecznego. Nie ulega więc wątpliwości, że sporo tych pożytecznych skądinąd informacji przekazywał swoim słuchaczom. Nieszczęście polegało na tym, że nikt z  prezydium wykładów tych nie kontrolował. Skonka zaś nie poprzestał jedynie na realizowaniu opracowanego przez siebie programu. Niepokoju nie wzbudzały jeszcze zgłaszane przez niego propozycje organizacyjnych rozwiązań, jak choćby pomysł tworzenia wspólnych rad zakładowych z liczbą członków  proporcjonalną do liczby członków  poszczególnych  związków./.../  Zaniepokojenie wzbudzać natomiast  powinny  próby formułowania  diagnoz  o charakterze politycznym  w  odniesieniu  do  ruchu związkowego, które zaczęły zajmować wykładowcy  znacznie  więcej  czasu,  aniżeli  sprawy organizacyjno-związkowe.  Skonka, jak relacjonował dziennikarz "Słowa Polskiego", czuł się powołany do składania deklaracji, że związki w żadnym przypadku nie są siłą o charakterze politycznym . Nie byłoby w tym nic odkrywczego, gdyby nie dalszy ciąg tego wywodu. Wykładowca twierdził bowiem, że były próby, i być  może będą  jeszcze  w przyszłości - przekształcenia NSZZ w nową siłę o charakterze głównie politycznym. Jest wspólną sprawą robotników  -  brzmiała  konkluzja  - dać  odpór tym nieodpowiedzialnym i na szczęście nielicznym tendencjom.

Skonka  nie operował, tak jak dziennikarz  "Słowa" aluzjami. Przekonywał swych słuchaczy, że jedynym wewnętrznym zagrożeniem dla  związku są ludzie nasłani doń przez KOR. Nie oszczędzał też władzy, a zwłaszcza tych jej reprezentantów, którzy przeciwni są zaspokajaniu słusznych robotniczych postulatów"./.../ Personalnie swój atak Skonka skoncentrował na dziale informacyjno-wydawniczym oraz  Modzelewskim, którego wejściu do MKZ od początku się sprzeciwiał"./podr. Red)”. Celowo przytoczyłem tak obszerny cytat z książki opracowanej z pozycji  korowskiej  "Solidarności",  by  Czytelnik  mógł sam osądzić, jak wątpliwe stawiano mi zarzuty obrzucając mnie zarazem błotem, pomawiając publicznie o współpracę z SB i władzami PZPR. A przecież ja tylko tłumaczyłem nowym działaczom związkowym, że jeśli  odrzuca się kuratelę polityczną  PZPR nad związkami zawodowymi,  to nie można wprowadzać innej siły politycznej na jej miejsce. Jeśli  ruch związkowy ma być wolny, niezależny od PZPR, to nie można go  uzależniać od polityków z  KSS  "KOR"  i  różnych pseudo religijnych i klerykalnych sił.

Wreszcie nieuczciwe i  poniżej  pasa było uderzenie i przypisywanie mi współpracy z SB, PZPR i władzami. Gdyby to była choć w drobnej  części prawda, to musiałbym mieć jakąś korzyść np. stanowisko zgodne z kwalifikacjami lub w ogóle jakąś pracę, jakieś przywileje, talony i inne wyróżnienia jakimi obdarowuje się osoby miłe władzy. Toteż po zakończeniu  prelekcji, nawet życzliwi dotychczas "Solidarności" uczestnicy spotkania opuszczali salę z niesmakiem i z zażenowaniem.  Nie spodziewali się bowiem, by ludzie szermujący nieustannie  hasłami demokratycznymi, pluralizmem, wolnością  słowa,  przekonań, poglądów, opinii, sądów w praktyce brutalnie  zwalczali te wartości, gdy stają się one  im niewygodne.

 Zetknęli się bowiem z klasycznym przykładem, gdy nawyki zamordyzmu i nietolerancji  stają się silniejsze   od propagandowych haseł. Był to przykład wielce pouczający, nie tylko dla studentów, ale także dla tych wszystkich, którzy mieli jeszcze resztki złudzeń i nadziei związanych z byłą korowską "Solidarnością".

   Myślę, że gdyby doszło obecnie do manifestacji niezadowolenia na tle warunków socjalnych, społecznych lub politycznych, to z pewnością nie będzie w nich przewodzić "Koro-Solidarność".

Społeczeństwo nie poprze akcji, którymi mieliby kierować ludzie tak skompromitowani, tak mierni moralnie, mający tak spaczone pojęcie o demokracji i innych wartościach społecznych.

Słowem społeczeństwo, nawet niechętne ekipie rządzącej, nie zaufa  po  raz  drugi  tym,  którzy  je tak zawiedli i haniebnie oszukali.

Wrocław, kwiecień 1988 r.”

P.S.  Niestety w rok później społeczeństwo zaufało i płaci za to do dziś. /Autor/

(1) Autorem książki był Włodzimierz Suleja, działacz partyjny, obecnie dyrektor Oddziału IPN we Wrocławiu

 

LIST DZIAŁACZKI –

Magdaleny Żaboklickiej z Wrocławia

Do Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” we  Wrocławiu  (Cytat oryginału)

„ Na początku wyjaśniam; to, co napiszę dotyczyć będzie zebrania, które odbyło się w piątek (17.10.1980), W auli Politechniki (Wrocławskiej, przyp., LS.), A raczej spraw tam poruszanych. Właściwie powinnam zabrać głos na zebraniu, tak nakazywało mi moje sumienie. Jeżeli tego nie zrobiłam to, dlatego, że należę do osób nieśmiałych, nie umiem przemawiać publicznie, a ponadto zanim wypowiem swoje zdanie, muszę sobie rzecz najpierw przemyśleć. A więc przemyślałam, ale niesmak i przygnębienie, jakie napełniły mnie niektóre fragmenty zebrania, niektóre wypowiedzi, a może jeszcze bardziej reakcja sali na te wypowiedzi nie opuściło mnie dotąd. Wybaczcie, że piszę o swoich osobistych odczuciach. Cóż mogą one obchodzić Was. Którzy macie tyle i tak doniosłych obowiązków na swoich barkach? A jednak wysłuchajcie, bo to jest głos z dołu”, i to głos – wierzę w to, na pewno nie odosobniony, wyrażający odczucie jakiejś części aktywu związkowego. Chodzi mi tu o sprawę dr Skonki, ale nie o niego ”jako takiego”, lecz o to, co się wokół tej osoby dzieje, i jak się dzieje. Właśnie jak się dzieje. Z dr Skonką zetknęłam się po raz pierwszy na szkoleniach prowadzonych w pierwszej połowie września (1980 r.) w budynku przy placu Czerwonym, gdy w dusznej, przepełnionej sali po kilka godzin dziennie wykładał takim jak ja „świeżo upieczonym” aktywistom związkowym „abecadło związkowe”. Jego widoczne dla wszystkich zaangażowanie i jego trud budziły uznanie słuchaczy. Wybaczcie mi, że pozwolę sobie znów na osobiste wynurzenia: wstępowałam w tym okresie czasu często do Waszej siedziby, nawet już nie koniecznie po komunikaty, czy konkretne informacje, ale czasem tylko z zewnętrznej potrzeby, jak do miejsca – wybaczcie patos, z którego bije źródło Odnowy. W tym, że taki kult czułam do tego miejsca była niemałą zasługą właśnie dr Skonki. Potem były jakieś, niezbyt jasne dla „szerokiego aktywu” oświadczenia, bodaj, że w Komunikacie nr 4 i jakieś jeszcze mniej jasne!!) Pogłoski, z których wynikało, że drogi dr Skonki i Prezydium MKZ rozeszły się.. Trochę dziwiliśmy się  (mówię o paru osobach, które również bywały na wykładach i z którymi zdarzało mi się na ten temat rozmawiać, ale nawet nie tak bardzo, bo przecież taki to już teraz burzliwy czas, że ciągle i chyba wszędzie ścierają się poglądy, opinie, przekonania, wybuchają spory i sprzeczki. Potem było zebranie w dniu 3 października, na którym wasze Prezydium przedstawiło się delegatom z zakładów pracy, i na którym omówiono działalność MKZ. Mówiono także o prowadzonym przez MKZ szkoleniu. Wymieniono jako pioniera p. Skowrońskiego( przepraszam, jeśli pomyliłam nazwisko), a o Skonce nic. Jakby nigdy nie istniał. Byłam niemile zaskoczona, naturalnie nie tylko ja jedna. Sądziłam, bowiem, że niezależnie od tego, czy Skonka się „odłamał”, czy nie, należało przecież wspomnieć o nim), O wkładzie jego pracy, zwłaszcza, że wkład ten był przecież niemały. Ale jeszcze i to przemilczenie można by uznać za gafę, niemiłą, ale wybaczalną, w tym gorącym okresie. Jednak to, czego widownią stała się aula Politechniki, gafą już nazwać się nie da. To było gorszące i zasmucające widowisko. Już sposób, w jaki niszczył, ( bo chyba tylko tak można to określić) Skonkę p. mecenas Kaszubski, nie był piękny, ale cóż p. Kaszubski jest prawnikiem, a oni - wiadomo – przywykli z człowieka, o którym mówią robić anioła lub diabła, w zależności od tego, czy bronią, czy też oskarżają; to już takie ich „ skrzywienie zawodowe”. (1)

Trudno, bardzo trudno uwierzyć nam, którzyśmy słuchali wykładów dr Skonki, aby był on agentem, jak to nader wyraźnie insynuował w swoim krasomówczym wystąpieniu mec. Kaszubski.

 Oczywiście Skonka mógł nie mieć racji i pewnie jej rzeczywiście nie miał twierdząc, że powinny powstać związki regionalne, a nie jeden ogólnopolski. Ale przecież taki sam pogląd wyznawali podobno - jak to nas chyba właśnie p. Kaszubski uświadamiał na poprzednim zebraniu – głosili  przedstawiciele gdańskiego MKZ, a mimo to nikt nie poddawał w wątpliwość ich intencji). Uważam, że wystarczyło w swoim czasie oświadczyć, – bo jednak ludziom się jakaś informacja należała-, że pan Skonka nie jest już członkiem Prezydium, ponieważ obstawał przy swoich poglądach na niektóre kwestie ruchu związkowego, wbrew zdaniu większości Prezydium MKZ, wobec czego obecnie w tym, co głosi nie reprezentuje już MKZ-etu, a jedynie siebie samego. I to byłoby w porządku. Mniejsza jednak o wypowiedź p. Kaszubskiego, bo to, co było dalej było znacznie gorsze. Wystąpił ten młody człowiek, nazwiskiem chyba Jabłoński (Zenon, przyp. LS) i zaczął dość nerwowo, ale przecież nie obraźliwie, wygłaszać zarzuty pod adresem Prezydium. (2) Z sali zaczęły się gwizdy i protesty. I wtedy, prowadzący zebranie, zamiast uciszyć salę, kazał mu zejść z mównicy.

 Nie należało tego robić. I to kimkolwiek mówca by był i cokolwiek chciałby powiedzieć. To się niestety nazywa tłumienie krytyki, a tego Wam, szermierzom demokracji pod żadnym pozorem robić nie wolno. W naszym Związku przecież ma być lepiej, szczerzej, sprawiedliwiej niż w tych starych instytucjach, przeciwko, którym występujemy. To prawda, że teraz jest czas walki i bardzo ważna jest jedność, ale przecież najważniejsza jest Demokracja. Bo to o nią walczymy. A nie można o nią walczyć gwałcąc jej zasady. Nie mówmy sobie, że to tylko teraz, na razie tak musimy. Jeżeli tak zaczniemy, to później będziemy te metody stosować i zawsze znajdziemy na nie jakieś usprawiedliwienie.

 Najbardziej przerażające i odrażające było wystąpienie ostatniego mówcy ( tego z Kontroli Dochodów Państwa, nazwiska nie zanotowałam). Typowy demagog w najgorszym tego słowa znaczeniu. Miotał się i rzucał obelgami, a ludzie na sali pobudzeni w swoich najniższych (zdajmy sobie z tego sprawę) instynktach, żywiołowo klaskali, zaś Prezydium... Słuchało i akceptowało.

A ja słuchałam i przypominały mi się różne wstrząsające sceny z literatury i filmów, np. nazistowskie wiece, gdy Hitler dochodził do władzy; albo obrazek, jak rozjuszony tłum kamieniuje kobietę, dobrze nie wiedząc, za co, to znów, gdy linczują Murzyna i jeszcze inne tym podobne.

Powtarzam nie chodzi mi o Skonkę i jego zwolenników, choć oczywiście nie jest dobrze, jeśli ich krzywdzicie, ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest to, że historyczny wir wydarzeń wyniósł Was na piedestał. Przypadła Wam ważna i zaszczytna rola. Ku wam wracają się teraz z nadzieją oczy i serca społeczeństwa. Nie zapominajcie, więc co sobą reprezentujecie i jaką stratę poniesie idea, której służycie, jeżeli nie będziecie umieli godnie jej służyć. Powiesiliście na sali, w której odbywało się zebranie Krzyż. Inna sprawa, czy to stosowna okazja, aby Go wieszać, ale jeżeli już powiesiliście to pamiętajcie, co on symbolizuje. Strzeżcie się, aby w imię Krzyża nie zapalać stosów dla czarownic. Jest to, bowiem największa krzywda, jaką człowiek może wyrządzić Bogu.

Maria Magdalena, Żaboklicka, Wrocław ( podkreślenia red.) (3)

Jak się okazało ostrzeżenie miało proroczy charakter? Istotnie „Solidarność” zapaliła stosy dla nieprawomyślnych Polaków i płoną one nadal pod tym samym szyldem.

1.    Tadeusz Kaszubski, adwokat, okazało się obecnie, że był agentem SB, nasłanym przez te służby.

2.     Zenon Jabłoński, przewodniczący Zarządu „Solidarności” w Urzędzie Pocztowym Nr 2 we Wrocławiu, usunięty z funkcji przewodniczącego po tym wystąpieniu na polecenie Zarządu regionu NSZZ „S” Dolny Śląsk

3.    Magdalena Żaboklicka, przewodnicząca „Solidarności” w Domarze ( 3 tys. zatrudnionych); zrzekła się tej funkcji po tym wiecu.

Leszek Skonka  - działacz przedsierpniowej opozycji demokratycznej - ROPCiO(Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela), założyciel Wolnych Związków Zawodowych na Dolnym Śląsku,   współorganizator i współkierujący strajkiem w sierpniu 1980 roku we Wrocławiu. Członek Prezydium w pierwszym składzie  Zarządu Regionu  Dolnośląskiego NSZZ. Organizator i prowadzący pierwsze kursy ( jeszcze w czasie strajku) na temat organizowania i działania związkowego, a następnie  w MKZ po zakończeniu strajku, dla działaczy i  organizatorów nowych związków.

Sprzeciwiał się wprowadzaniu KOR-u i upolitycznieniu Związku, zrywaniu Umowy Gdańskiej, awanturnictwu politycznemu. Chciał by związek nie wychodził poza  swój Statut. Za swą postawę pomówiony  został przez kierownictwo „Solidarności” publicznie bez jakichkolwiek podstaw o rzekome sprzyjanie PZPR, działanie na szkodę Związku, współpracę z SB. Usunięty ze  wszystkich funkcji, również ze Związku, którego był współtwórcą, spotwarzony publicznie, bez prawa do obrony,

skazany na karę śmierci cywilnej przez „Solidarność” kierowaną przez Karola Modzelewskiego i Władysława Frasyniuka.

 

FRASYNIUK KŁAMIE A PRASA KŁAMSTWA POWIELA

 W wywiadzie przeprowadzonym przez Arkadiusza Franasa z Władysławem Frasyniukiem i Januszem Owczarkiem, zamieszczonym 29 sierpnia 2003 Gazecie Wrocławskiej” znalazło się wiele przeinaczeń i ordynarnych kłamstw. Niektóre kłamstwa, przeinaczenia, przemilczenia słusznie oburzają ówczesnych członków Komitetu Strajkowego w sierpniu 1980 we Wrocławiu. Frasyniuk np. kilkakrotnie wymienia nazwisko Aleksandra Labudy jako rzekomego doradcy Komitetu Strajkowego. Nie było takiego doradcy. Przebywałem dzień i noc na terenie Zajezdni nr VII przy ul. Grabiszyńskiej gdzie mieścił się wówczas Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Pełniłem tam funkcję członka prezydium do spraw organizacji i szkolenia. Ani ja ani nikt z członków Komitetu Strajkowego, z którymi się skontaktowałem nie widział i nie słyszałby by na terenie Zajezdni w czasie strajku obecny był Aleksander Labuda; owszem po zakończeniu strajku tak, ale nie na Grabiszyńskiej, lecz na pl. Czerwonym.

Strajkujący ubolewali, że ludzie nauki, prawnicy unikają kontaktów ze strajkującymi; że są osamotnieni w swym proteście. Owszem, trzeciego dnia strajku pojawiła się z krótką wizytą prof. Mirosława  Chamcówna z Uniwersytetu Wrocławskiego. Jedynym naukowcem, który przebywał do końca ze strajkującymi był prof. Suski z Politechniki Wrocławskiej . A oto inny przykład:

Gdy trzeciego dnia strajku ktoś puścił plotkę, że wojsko ma zamiar zmobilizować wszystkich kierowców autobusowych MPK , szukałem na polecenie Prezydium porady prawnej, czy Komitet Strajkowy może przejąć wezwania wojskowe i wziąć za to na siebie odpowiedzialność. Nikt z prawników, do których się zwróciłem nie zgodził się na udzielenie pomocy. Po prostu nie chcieli się narażać, np. mec. Tadeusz Kaszubski po rozmowie z SB „uciekł w chorobę”. Po latach okazało się, dlaczego. Rozczarowany i zdesperowany zwróciłem się do prof. Adama Chełmońskiego ( chociaż był on członkiem PZPR)  z Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego z prośbą o skontaktowanie  z kimś, kto mógłby pomóc strajkującym. Niestety, mimo dobrych chęci i znajomości tego środowiska nikt, do kogo się zwrócił nie chciał podjąć tego zadania. Oczywiście, po zakończeniu strajku do Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ waliły tłumy prawników, pracowników naukowych, nauczycieli, urzędników...

Mam żal do Redakcji, że nie korzysta z informacji innych uczestników tamtego sierpniowego strajku. Wszak ludzie ci jeszcze żyją. Dostępne są także fakty, które należałoby przypomnieć; takie dokumenty Redakcja otrzymała ode mnie przez emaile.

 


 

 DLACZEGO FRASYNIUK KŁAMIE ?

 (ODPOWIEDŹ LESZKA SKONKI

 Władysław Frasyniuk zapytany przez red. Adama  Kłykowa  („Magazyn Tygodniowy Gazety Wrocławskiej” 1,09.2000) dlaczego wobec mojej osoby była i jest nadal w kierownictwie  „Solidarności” zmowa milczenia, chociaż byłem przed sierpniem aktywnym działaczem opozycji, współorganizatorem strajku w sierpniu 1980r, i współtwórcom „Solidarności”. Frasyniuk nie umiał, czy raczej nie chciał, odpowiedzieć konkretnie i rzeczowo lecz kręcił, operował ogólnikami, twierdził np. ,że   „Skonka był pełen kompleksów”, ale nie podał żadnego przykładu, nie wyjaśnił w czym się one przejawiały i co w tym było złego  ? Powiedział też , że Skonka  „potwornie utrudniał funkcjonowanie „Solidarności” ale nie podał na czym miało to polegać, w czym to utrudnianie się przejawiało. Dalej mówił, że Skonka  „wprowadził w nasze szeregi element niechęci do mniejszości narodowych”. Do jakich mniejszości ? Jak to zrobił ? Dlaczego Frasyniuk nie wymienia ani owych rzekomych mniejszości, ani nie wyjaśnia jak owe niechęci się przejawiały ? A nie czyni tego, bo to nie miało miejsca. Oskarżenie wynikało z tego, że sprzeciwiałem się upolitycznianiu Związku, twierdziłem, że skoro nie chcemy by PZPR ingerowało w jego działalność , to nie powinno  tam się wprowadzać innych sił politycznych. Punkt 2 Umowy Gdańskiej wyraźnie mówił, że nowe związki zawodowe nie będą pretendować do roli partii politycznej. Istotnie, byłem przeciwny zrywaniu Umowy Gdańskiej i wprowadzeniu do kierownictwa „Solidarności”  ludzi o ambicjach politycznych związanych z KOR-wm, jak Karol Modzelewski, Jan Lityński, Barbara  Labuda, Krzysztof Turkowski, Jacek Pilichowski i in. I to był jedyny powód zwalczania mnie  i usunięcia ze ścisłego kierownictwa Regionu Dolnośląskiego NSZZ „Solidarność”.  Ale tego Frasyniuk powiedzieć nie chce. Regułą było też w tamtym czasie, że każdy, kto się sprzeciwiał KOR-owi był posądzony o antysemityzm. Każdy też niewygodny był oskarżany , bez żadnych dowodów lub poszlak , o współpracę z SB. Zresztą Frasynuik  przyznaje , że „Podejrzewaliśmy go ( Skonkę, przyp. LS) nawet o jakieś niecne rzeczy ( ...) ale, dowodów nie mieliśmy.” Co nie przeszkadzało wydać  publicznie wyrok śmierci cywilnej na mnie i ludzi, którzy mieli jakieś krytyczne uwagi i zastrzeżenia. Ale liczba  ludzi, którzy mieli zastrzeżenia rosła i dopiero terror, szantaż trochę ją uspokoił.

Rozpętanie więc nagonki na tzw. „skonkowców, co się równało – wrogów „Solidarności”- agentów SB, miało zastraszyć społeczeństwo, co się w końcu  udało. 

 Dziwi tylko to, że teraz, nawet po 20 latach ludzie, którzy pod szyldem „Solidarności” i Kościoła  uczynili tyle zła społeczeństwu i krajowi , nie mają  na tyle cywilnej odwagi by przyznać się do błędu, powiedzieć  – tak w drodze do władzy , po wielki szmal, szliśmy po trupach. ale dziś za to coś mamy, władzę, pieniądze, tytuły, zaszczyty, stanowiska, jest nam dobrze, urządziliśmy się, a inni  frajerzy klepią biedę, wyrzuca się ich z mieszkań, przedwcześnie umierają z braku opieki lekarskiej ,  mają po 500 zł, albo i mniej  emerytury. Są jednak  sami są sobie winni, nie rozumieją, że żyją już w zafundowanym im  przez „Solidarność – kapitalizmie, w ustroju, w którym frajerzy przegrywają, a więc śmierć frajerom.

 I jeszcze jedno. Frasyniuk mówi, że ludzie Skonki nie akceptowali, unikali go . Było zupełnie odwrotnie. Świadczą o tym liczne listy.  Pisali także listy do władz Związku w  Gdańsku,  we Wrocławiu, ale nie otrzymywali na nie odpowiedzi.

 oto jeden z  licznych listów jakie skierowała grupa działaczy NSZZ z Wrocławia

 DO ZAKŁADOWYCH KOMITETÓW ZAŁOŻYCIELSKICH NIEZALEŻNYCH

SAMORZĄDNYCH ZWIĄZKÓWÓW ZAWODOWYCH WROCŁAWIA.  

 „Jesteśmy grupą przedstawicieli Zakładowych Komitetów Założycielskich z kilku zakładów Wrocławia.

Nasze nazwiska i nazwy zakładów znajdują się na końcu tego listu , a połączył nas NIEPOKÓJ O NASZ WSPÓLNY CEL , O NIEZALEŻNE SAMORZĄDNE ZWIĄZKI ZAWODOWE. Co jest przyczyną tego niepokoju ? Otóż od pewnego już czasu jesteśmy świadkami rzeczy niezrozumiałych ,w  wielu wypadach, wręcz sprzecznych z zasadami demokracji , to znaczy z tym, do czego wspólnie przecież dążymy. (  List powstał  24 września 1980 r., przyp. LS). I może nie doszłoby do napisania tego listu, gdyby nie kilka spotkań z  ludźmi tak samo zaangażowanymi w budowę naszych Związków, u których zauważyliśmy ten sam niepokój. Niezrozumiałą np. jest dla nas sprawą  to, że nasz wspólny Statut , który ponoć powstał i o którym była mowa w Gdańsku, jeszcze do nas nie dotarł . Nie braliśmy też udziału w przygotowaniu Statutu, nikt go z nami nie konsultował i nikt nas nie informował o postępie prac. A przecież mieliśmy to zagwarantowane grubo wcześniej. Ta gwarancja zresztą powinna wynikać z samej zasady demokracji. Uważamy, że mamy pełne prawo wiedzieć, co ktoś w naszym wspólnym imieniu podpisuje, a podstawowym obowiązkiem Komitetu Założycielskiego z pl. Czerwonego jest nas o tym informować. Nie dotyczy to zresztą tylko Statutu. Lech Wałęsa w Gdańsku zanim podejmie uchwałę dotyczącą wszystkich zakładów pracy, zwołuje ich do siebie i pyta o zdanie.  A czy nasz Komitet Założycielski z pl. Czerwonego kiedykolwiek o coś pytał ? Przecież było mówione – „Nic o nas bez nas”. Tymczasem gdy chodzimy na plac Czerwony , to z wyjątkiem trzech, 3-4 osób stale spotykamy nowe twarze w Zarządzie. Bo oto Komunikaty KZ NSZZ dowodzą, że zmiany w Prezydium następują przeciętnie dwa razy w tygodniu, ponieważ gdy weźmiemy spisy członków obecne i początkowe zaraz zauważymy brak kilku osób np. Skowrońskiego, Talara, dra Skonki i innych. Jest za to wielu nowych nazwisk, jak np. Modzelewski, Turkowski, Rak, Pieprz, Pawlik  itp. którzy przecież nie dostali się do Komitetu Założycielskiego w drodze wyborów , ponieważ wyborów do naszej reprezentacji związkowej jeszcze nie było. Są to więc ludzie, których w ogóle nie znamy, i których nie wybieraliśmy. Padło już nazwisko dra Leszka Skonki. Pamiętamy dobrze jak sobie gardło zdzierał próbując z nas zrobić – jeszcze w MKS  na Grabiszyńskiej w autobusie, potem dopiero na placu Czerwonym, znawców, a przynajmniej dobrych propagatorów idei  Związków. Na jego wykłady – pamiętamy to dobrze – zawsze waliły tłumy i nikt nie wychodził , mimo tego, że nieraz trzeba było cały wykład stać. Słuchaliśmy go pilnie i widać było , że jest to człowiek oddany całym sercem sprawie przekazania nam Elementarza Niezależnych Związków. Kto był ostatniej nocy na Grabiszyńskiej, ten widział jak Jerzy Piórkowski ( przewodniczący Komitetu Strajkowego we Wrocławiu, przyp. LS). Osobiście wciągnął dra Leszka Skonkę na podwyższenie i wobec całej zgromadzonej na hali załogi i delegatów strajkujących zakładów dziękował serdecznie za wkład pracy. I nagle dra Skonkę się usuwa, ponieważ stał się zły. Cały czas był dobry dopiero ostatnio stał się zły. A maże stał się zły dopiero dla ludzi, którzy ostatnio pojawili się w Komitecie Założycielskim na placu Czerwonym i dlatego musiał odejść. I dlaczego nie była to decyzja Jerzego Piórkowskiego , bo gdyby była to by nas o tym poinformowano. Tymczasem nie mamy już ani Skonki , ani Piórkowskiego, o którym co prawda się mówi, że jest chory , ale tylu u nas przywódców jest chorych , że nie wiadomo czy można to brać poważnie . Wszystkie te refleksje nasuwają nam podejrzenie, że na pl. Czerwonym coś się niedobrego dzieje i że ludzie, którzy tam są postępują wobec nas nieuczciwie , a nawet wrogo. Wobec tego uważamy za konieczne powołać nowy Międzyzakładowy Komitet Założycielski NSZZ nie pytając nawet o zdanie obecnego. Musimy mieć NASZYCH przedstawicieli w MKZ, takich, których darzymy największym zaufaniem, wobec których nie wysuwamy żadnych zastrzeżeń i którym z całkowitym spokojem powierzymy reprezentowanie i prowadzenie naszych wspólnych spraw. Zwracamy się więc z gorącym apelem do  wszystkich Zakładowych Komitetów Założycielskich NSZZ Wrocławia  o wydelegowanie najwartościowszych , Waszym Zdaniem , przedstawicieli spośród których wszyscy będziemy mogli wybrać w drodze demokratycznych wyborów ludzi, którym ufnie oddamy w ręce nasze sprawy związkowe. Zapraszamy was w piętek 26 .09. br. ( ...) Wrocław ul. Kamienna 145

Autorem listu był Romuald Popłonyk przewodniczący Komitetu Założycielskiego NSZZ w Polmozbycie . Sygnatariuszami   listu  m.in. Romuald Popłonyk z PP Polmozbyt,

Jerzy Smakowski z Wojewódzkiego Urzędu  Poczty Wrocław, Henryk Pasek z PBDiM, Elżbieta Potoczek z PBDiM, Stanisław Grześków z  ZNTK, Ryszarda Bieńkowska z ZOZ Krzyki, Andrzej Jędrzejewski z Wrocławskiej Centrali  Mat. Bud. Bogusław Zbijewski z Biura Projektów Bud. Komunalnego Wrocław, Adam, Skowroński  z Kombinatu Geolog. Zachód, Henryk Sularz z  Międzywoj. Spółdzielni Inwalidów â��Odraâ��, Andrzej Talar z woj. Zrzeszenia Prywat. Handlu i Usług w Wałbrzychu . Na skutek â��zabiegówâ�� ( recte nacisków , przyp. LS.)Henryk Pasek, Adam Skowroński, Stanisław Grześków , kilka dni później także Ryszarda Bieńkowska wycofali swoje podpisy.  ( Demokracja Związkowa Numer Specjalny , Wrocław 24 września 1980  r., podkr. LS).  

Leszek Skonka

(Za: www.wicipolskie.org/Dlaczego Frasyniuk boi się lustracj 04.04.2011)

  

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Katastrofa prezyenckiego samolotu

niedziela, 11 kwietnia 2010 3:18

Polska w żałobie...









      Straciliśmy głowę państwa, pierwszą damę, wicemarszałków Sejmu i Senatu, rzecznika praw obywatelskich, szefa Narodowego Banku Polskiego, kandydata na prezydenta, licznych posłów, senatorów, całe dowództwo naszej armii ...







Lista ofiar jest długa:









Cześć Ich pamięci!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ciekawa książka

sobota, 30 stycznia 2010 18:50

 

Czy niemieckie służby specjalne chciały

zdestabilizować sytuację w PRL cz.II ?


 


    Od niedawna na naszym rynku wydawniczym jest do kupienia książka pt: „Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Dni, które wstrząsnęły Polską. Nieznane materiały STASI.- autor Piotr Litka,.W tej książce są dokumenty STASI, którymi nasz IPN w ogóle się nie interesuje. Większość naszych badaczy, w ogóle nie badała wątku niemieckiego w zabójstwie Popiełuszki, przełamał to dopiero Piotr Litka. Pomimo tego, że w stenogramach procesu toruńskiego jest o tym mowa w przemówieniu prokuratora Pietrasińskiego. Na łamach TWX było ono opulikowane za materiałem dla episkopatu, opracowanym przez Ambroziaka., a które zostało rozesłane do biskupów jako pismo okólne episkopatu. Był to nieocenzurowny stenogram z przemówienia za które prokuratorowi Pietrasińskiemu grożono śmiercią..Podaje on w tym przemówieniu dużo poszlak, które wskazują na wywiad zachodnio niemiecki (Zob. TWX z 23.o2.2009).

Niezmiernie ciekawy jest raport berliński czyli dokument STASI  z 17 .10.1984 , w którym czytamy :

16 października 1984 roku odbyła się w Warszawie, w IV Departamencie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej  narada. Z powodu przewidywanego pobytu kardynała [Józefa] Glempa w dniach  22-24.10. 1984  u kardynała [Joachima] Meisnera w Niemieckiej Republice Demokratycznej szefowi IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL generałowi brygady [Zenonowi] Płatkowi przedstawiono prośbę. Chodziło o to by istniejące materiały przekazywano na bieżąco dla [naszych] potrzeb informacyjnych. Podczas narady ( która w polskim MSW się odbyła - red) obecni byli przedstawiciele IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej , towarzysz pułkownik [Adam]  Pietruszka i chwilowo szef 1 Wydziału IV Departamentu (linia katolicka), towarzysz podpułkownikk [Grzegorz] Piotrowski [pomyłka; właściwie kapitan - przyp. tłum].

Polscy towarzysze byli dobrze przygotowani do rozmowy i przekazania potrzebnych informacji" ( ... s 198). Prezentowany fragment potwierdza, że wymienieni powyżej ludzie byli pierwszorzędnymi informatorami STASI

 Można zauważyć, że w pierwszym dokumencie Pietruszka i Piotrowski referowali sytuację towarzyszom niemieckim ze Stasi na kilka dni przed zabójstwem ks. Jerzego Popiełuszki. Okazuje się, że ci zabójcy byli dla tow. Kiszczaka i jego resortu byli towarem eksportowym dla Niemiec.

Na stronie 202 można zobaczyć równie ciekawy dokument z 23.10.1984 r.Ten ściśle tajny dokument powstał po zabójstwie Ks. Jerzego. Grupa operacyjna Warszawa, to była grupa STASI, która za wiedzą i przyzwoleniem gen. Kiszczaka prowadziła poprostu działalność wywiadowczą na terenie PRL. Była to grupa, która działała tajnie i werbowała na informatorów członków kierownictwa partynego i państwowego i był to wyjątkowym skandal, gdyż jest tu element zdrady kraju na rzecz innego państwa. Poniżej jest dokument mówiący o tym co ta grupa Warszawa przekazała do swojej centrali w Berlinie.


Gen Pułkownik Gunter Kempe

Z prośbą o przyjęcie do wiadomości.

Berlin, 23 października 1984
ŚCIŚLE TAJNE

Grupa operacyjn Warszawa przekazała następującą informację. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nieoficjalnie przekazało informację opracowaną dla kierownictwa partii w związku z uprowadzeniem warszawskiego księdza [Jerzego] Popiełuszki.

W tej informacji wyjaśnia się między innymi:

- według  zeznań kierowcy Popiełuszki, Waldemara Chrostowskiego i dochodzenia, które prowadzone jest przez prokuraturę w Toruniu, wyłania się następujący bieg wydarzeń:

19.10 1984 Popiełuszko wziął udział we mszy świętej w kościele w Bydgoszczy. Około godziny 21.00 pojechał swoim samochodem osobowym typu "Volkswagen", który prowadził kierowca Chrostowski, pracownik warszawskiego Przedsiębiorstwa Obrotu Produktami Naftowymi, w kierunku Warszawy.

W okolicy miejscowości Przysiek [właśc. Górsk - przyp. tłum.] samochód został zatrzymany przez nieumundurowanego milicjanta ruchu drogowego, któremu towarzyszyli dwaj cywile. Podczas rzekomej kontroli alkoholowej kierowca został przesadzony do innego samochodu osobowego i zakuty w kajdanki. Odniósł wrażenie, że ksiądz Popiełuszko został wepchnięty do bagażnika tego samego auta.

Kierowcy udało się w trakcie jazdy uciec i schronić w Wojewódzkim Ośrodku Postępu Rolniczego w Przysieku, gdzie udzielono mu pomocy medycznej. Stąd udał się do Torunia, gdzie poinformował księdza Józefa Nowakowskiego o stanie rzeczy. Ten przekazał te informacje biskupowi [Kazimierzowi] Romaniukowi z Warszawy, jak również księdzu Kozakowskiemu z sekretariatu Episkopatu polskiego Kościoła katolickiego". Trzeba zuważyć, że natychmiast poszła informacja, ale jeszcze z niej nie wiadomo co się stało z ks Jerzym Popiełuszką.

Kolejny materiał na stronie 212 jest chyba najciekawszy Data wskazuje, że już wiadomo co się stało, a podejrzani o zabójstwo siedzą. :


 Centralna Grupa Informacji i Analiz w Berlinie

Berlin 12.11.1984

Tygodniowa analiza aktualnych zdarzeń w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej

(tydzień od 6 do 12.11.1984)

Towarzysz Jaruzelski przyjmie jak zdecydowało Biuro Polityczne nadzór nad pracą Partii w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W rozmowie z Sekretarzem Partii  Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Jaruzelski zwracał uwagę na dalsze wysiłki w celu umocnienia ideologicznej jednolitości, jak również partyjnej i służbowej dyscypliny w organie. (Tytaj wychodzi najaw, że Partia nie panowała już nad MSW-red TWX).

   W zachodniej prasie, przede wszystkim w "Spieglu" podtrzymywano podejrzenia przeciwko towarzyszowi [Mirosławowi] Milewskiemu (członek Biura Politycznego i sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Celowe ataki skierowano również przeciwko towarzyszowi [Stefanowi] Olszowskiemu, [Albinowi] Siwakowi, [Stanisławowi] Kociołkowi i [Tadeuszowi] Grabskiemu. Po trwającej dłużej niż 2 tygodnie kampanii Rzecznik [prasowy] Rządu [Jerzy] Urban podczas konferencji prasowej 07.11 1984 zaprzeczył zachodnim doniesieniom, według których towarzysze Milewski, Siwak i Olszowski mogliby mieć cokolwiek wspólnego z porwaniem [księdza Popiełuszki], nazywając te doniesienia pomówieniami. Poza tym, według jego opinii, nie ma powodu, aby przyjąć, iż  zachodnie służby wywiadowcze uwikłane są w sprawę. (Urban zaprzecza o udziale zachodnich służb wywiadowczych)

Wykorzystując powstałą po śmierci Popiełuszki sytuację, a  szczególnie wzmocnienie pozycji i wpływu Kościoła, Wałęsa dąży do tego, by zaakcentować dobitnie funkcję Kościoła jako czynnika władzy. Czyni to między innymi podkreślając, że Kościół powinien "wskazać narodowi drogę" oraz rozpocząć dialog z rządem. (Kościół udowodnił w decydujących momentach polskiej historii, że potrafii wskazać narodowi drogę."


To wszystko jest bardzo ciekawe w kontekście, że Kiszczak udzielił pod koniec 2009 r. kilku wywiadów m.in. W TVN 24 i NIE, w których  wskazuje, że to „beton partyjny" za tym stał. Kiedy w wywiadzie dla NIE zapytano o "prowokację na Chłodnej" Kiszczak odpowiedział:

Kierownictwo MSW nic o tym wtedy nie wiedziało. Mnie poinformował abp Bronisław Dąbrowski, sekretarz Konferencji Episkopatu Polski. To rzeczywiście była prowokacja urządzona przez jednego z późniejszych zabójców- Grzegorza Piotrowskiego- współnie z prokuraturą. W notatce Żyty jest mowa o telefonie od Mirosława Milewskiego, sekretarza KC PZPR: Żyta ma wątpliwości czy aresztowanie księdza jest zasadne, z powodów politycznych. Milewski i go nformuje, żeby dał mu kilkanaście minut, bo musi z kimś zprawę skonsultować, z kim nie wiadomo. To znana teoria: prowokacja partyjnego betonu (odp jednego z dziennikarzy- red. TWX), który za pomocą szykan wobec Kościoła chciał wywołać rozruchy i przejąć władzę.

Teoria nigdy nie udowodniona. Ale jedynie prawdziwa (odp. - Kiszczaka) (Nie nr 45/2009, Przebój czerwono-czarnych, s 12).

Tak odpowiedział Kiszczak i potwierdza lansowaną już od samego początku tezę Urbana, iż jest niemożliwe aby zachodnie służby brały udział w morderstwie.


Ciekawe, że Kiszczak nie zapewwniał tak o tym towarzyszy ze STASI, czyżby doskonale wiedzieli kto za tym stoi i nie można było im wciskać ciemnoty? Jak widać w stosunku do wywiadu niemieckiego nie wysuwa podejrzeń. Tymczasem wywiady NRD i RFN były tak ze sobą poprzeplatane, że znawcy wywiadu mówią że : nie wiadomo czy Stasi było wschodnią ekspozyturą BN D czy BND było zachodnią ekspozyturą STASI, wiadomo jednak że jedni i drudzy pracowali nad zjednoczeniem Niemiec.Czy KIszczak wobec tego bał się podjąc temat?

W innym dokumencie zachowała się jednak odmienna opinia od oficjalnego stanowiska, a co więcej jest dokładnym zaprzeczeniem teraźniejszego.  Kiszczak pisze jako szef MSW w dniu 07.11.1984  w Telegramie Pilnym do szefa STASI:


"Szanowny towarzyszu Mielke

    W związku z morderstwem ks. Jerzego Popiełuszki Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej podejmuje wszelkiego typu akcje [...] Jedna z prawdopodobnych hipotez zakłada, że winni mordu działali na bezpośrednie lub pośrednie polecenie tajnych służb krajów kapitalistycznych". 


Teraz nasuwa się pytanie, który Kiszczak jest wiarygodny? Dlaczego on nie wymienia tutaj z imienia tej tajnej służby, przecież obóz kapitalistyczny był wrogim obozem w tym czasie, a dotego w tajnym dokumencie do swojego kolegi boi się powiedzieć, kogo dokładnie podejrzewa?  Odpowiedź jest tylko jedna, że to jest BND, a przecież nie wiadomo było kto z ramienia BND jest w centrali STASI. Dlatego Kiszczak  przed swoim kolegą z NRD wysuwa hipotezę o udziale kapiatalistycznych służb specjalnych, ale nie wymienia BND. W następnych latach konsekwentnie  pomija hipotezę udziału zachodnich służb specjalnych i zrzuca wszystka na „beton partyjny". Czy aby Czesław Kiszczak  doznał jakiejś amnezji czy ma jakieś szczególne intencje?


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  229 002  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Tajna Wiedza eXtremalna- wiedza dla nas, nie dla mas.

O moim bloogu

Walcz, albo giń w gąszczu informacji.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 229002

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Pytamy.pl